The Price of Hubris: polowanie

     Dziś wróciliśmy do Deathwatcha, kontynuując przygodę "The Price of Hubris", część kampanii "The Emperor Protects" (pierwszą część tej historii opisałem tutaj). W skrócie: czterej bracia Straży Śmierci (Tyhous z Krwawych Kruków grany przez Julka, Aquantus z Ultramarines grany przez Jacoleko, Marcus Green z Mrocznych Aniołów grany przez Zarana i Anselm z Czarnych Templariuszy grany przez Drzewca) przylecieli na planetę Aurum, gdzie mieli odkryć tajemnicę krwawych mordów, które wstrząsnęły miejscową społecznością (zginęła między innymi hospitalerka Rachyel) oraz skłonić wreszcie opornego władcę tutejszych plemion do uznania nad sobą władzy Imperium, by owo Imperium mogło zacząć radosną eksploatację (i ludzi i gleby).

     Dino obok nie jest przypadkowy. Planetę zamieszkiwały midazaury, tutejsza wersja naszych strasznych jaszczurów. Ten akurat nosi urocze miano diablodona i jest ponoć na samym szczycie aurańskiego łańcucha pokarmowego.

     Sesja była o tyle nadzwyczajna, że zabrakło jednego z graczy, Julka. Jego Tyfusa zmieniłem więc czasowo w eNPeCa.

     Na początku kill-team zapoznał się z wyniosłymi i pełnymi pogardy tubylcami zamieszkującymi Haistand, jedyne godne tego miana miasto planety. Auranie byli społecznością ultrawojowniczą, co jest zresztą standardem dla homo sapiens zamieszkujących Feral World. Ta ich niebywała duma była kluczowa dla ich decyzji o odwlekaniu pokojowego poddania się Imperium, co jasno zresztą wyartykułował im władca planety, caele Rylus Darkscourge. Zresztą, już wcześniej dowiedzieli się o tym od jedynego (po śmierci Rachyeli) tutejszego przedstawiciela Eklezjarchii, ojca Mariusa. Tym niemniej, imponujące postacie Astartes nieco tą dumą zachwiało. Rylus oświadczył braciom bitewnym, że uzna ich za godnych i równych aurańskim wojownikom w chwili, gdy przejdą tutejszą inicjację, Próbę.

     Próbę polegającą na upolowaniu diablodona bez pancerzy i innej terrańskiej broni. Wyłącznie z włóczniami i łukami.

     To była jedna z zabawniejszych chwil sesji. Moi gracze mieli gigantyczny problem z pozbyciem się swoich zabawek, szczególnie Drzewiec głośno wyrażał swoje niezadowolenie. Trochę uspokoiło ich to, że nie muszą rozbierać się do rosołu :) Zgodzili się.

     Droga do Diablodona wiodła przez zarośnięty dżunglą kanion oraz skalne osuwisko na progu wielkiego klifu. W dżungli zaatakowała ich mała horda (magnitude 30) theratryxów, średniej wielkości dwunogów które na Aurum zazwyczaj były udomowione, ale te akurat nie. Nawet dla słabo uzbrojonych Astartes nie okazała się być szczególnym wyzwaniem, złamali ją już w trzeciej turze, jedynie Tyfus zgarnął 10 obrażeń. Kolejne 9 obrażeń Krwawy Kruk otrzymał niedługo potem, podczas schodzenia z klifu. Znaczy się: spadania z klifu.

     Teraz towarzyszy broni czekała już tylko Martwa Ziemia, ojczyzna diablodonów. Odnalezienie bestii nie było trudne, jego ubicie jednak.... cóż, ubicie bestii z 75 woundami, bijącej średnio 20 obrażeniami z jednego z dwóch ataków łatwe już nie było. Czterech nadludzi jednak dało mu radę.

     Przepraszam, trzech. Jeden z nich legł pod ciosami. Dla Marcusa Greena służba Imperatorowi się skończyła. Poważnie poraniony Anselm prawie poszedł jego śladem... ostatecznie jednak to on zadał śmiertelny cios bestii.

     Mam wrażenie, że była to najlepsza z dotychczasowych sesji w Deathwatchu. Sporo interakcji, odrobina kombinowania i epickie starcie na koniec. "The Emperor Protects" po niemrawym początku pokazuje pazury.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty