Edenia
Jestem Renvir z Anielskich Kłów, vlaka wyrwany z ojczystego stepu przez zdradę i przemoc. Byłem mentorem dla młodych z mojego plemienia gdy przemierzaliśmy Równinę Anach w poszukiwaniu zwierząt i oświecenia. Uczyłem jak żyć w zgodzie z pamięcią przodków. Nic nam nie dała, gdy nadszedł ogień z nieba.
Nie wiem, dlaczego nas zaatakowano. Nie wiem kto nas zaatakował. Cztery kanonierki z zimnego Nadziemia, nie mieliśmy żadnych szans. Ogień naszych wojowników nawet ich nie uszkodził. Zniszczyli nas z taką łatwością, jak hiena morduje szczenię. Mieli czarno białe gwiazdy na kadłubach, to jedno co o nich wiem.
I jeszcze jedno. Pragnę wywrzeć na nich swą pomstę.
Sam ledwo przeżyłem… albo o nie, bo jestem borai, nie do końca żywy, nie do końca martwy. Zaciągnąłem się do oddziałów najemnych i ruszyłem w Nadziemie. 3 lata służby dało mi doświadczenie, ale nie zbliżyło mnie do prześladowców mych snów. Byłem spętany rozkazami, przydziałami, kaprysami Thorosa Czterookiego, mego dowódcy. Porzuciłem więc mój oddział (zdezerterowałem, jak pewnie mówią moi dawni koledzy) i teraz szukam okazji w mniejszej kompanii...
Dziś znowu byłem graczem :)
Elpi poprowadził nam Starfindera II edycję - i była to sesja świetna! System jest elegancki, musi taki być skoro tak dużo bierze z drugiego Pathfindera (choć mocno pomagała mi aplikacja :) ). Mój żołnierz vlaka miał ciekawą kompanię - trzech mistyków (Bal`Ain Stor, prowadzony przez Balistę elebrianin; Azerath, prowadzony przez Drzewca contemplative, właściwie to witchwarper; Victis, prowadzony przez Jawora shiren który sądzi, że jest jaszczurką), Liz Ard - eksperymentalny ikeshti prowadzony przez Zigriina oraz Kruq, cyborg prowadzony przez Telucha.
Dostaliśmy kontrakt od Azlanti z Tygla - sprawdzić, dlaczego nie odpowiada ich placówka w zdemontowanej elektrowni atomowej na zdewastowanej planecie Edenia. Polecieliśmy na naszym "Skittermanderze" i odkryliśmy szybko, że wokół zabudowań włóczą się nekrotyczne abominacje. Całkiem nieźle nam poszło pierwsze bojowe starcie, dwa zombie i jedna nekroroślina zostały zlikwidowane w kilka rund (zaliczyłem fraga!). Potem było... trudniej. Jakiegoś biednego operatora dronów z łatwością zastraszyliśmy, ale jakaś elfka która najwyraźniej prowadziła dywersję w azlanckim labie nas wyprzedziła - włączyła samozniszczenie reaktora, zostawiając za sobą dwóch zdominowanych przez nią dryblasów.
Nie poradziliśmy sobie.
Ci biedacy którzy się z nami zmierzyli okazali się być dla nas za trudni... podobnie jak komputer sterujący autodestrukcją. Daliśmy tyły, ledwie unikając nuklearnej apokalipsy. W dodatku okazało się później, że nieświadomie przemyciliśmy na Tygiel tę przeklętą elfkę....
Komentarze
Prześlij komentarz